Treść strony

Dobra zabawa...

.
- Patrzę na Twój stary, wykorzystany w całości, karnet. Czym był lub czym jest dla Ciebie hokej?
Kiedyś to było święto. Chodziłem na wszystkie mecze. Nie wiem nawet skąd ta fascynacja. W 1989 r., kiedy graliśmy w Polonią Bydgoszcz [Towimor Toruń grał wtedy w I lidze, a gwiazdami drużyny byli m.in. Borys Barabanow, Walery Usolcew czy Adam Fraszko, który w sezonie 1988/1989 został królem strzelców I Ligi – przyp. Autorki], byłem na tym meczu i chyba właśnie wtedy mnie to urzekło – atmosfera, wygrane mecze. Potem były chwile przerwy, chodziłem sporadycznie na mecze, ale zawsze hokej był gdzieś blisko. W 2004 r., kiedy przeprowadziłem się w pobliże Tor-Toru byłem już na większości meczów. Odtworzyłem wówczas starą pasję. Poszedłem na mecz i tak już zostałem.
 

Z Michałem Piszczkiem o Klubie Kibica, emocjach hokejowych i innych „smaczkach”.

„DOBRA ZABAWA TO NA TOR-TORZE PODSTAWA!”

- Opowiedz o początkach Klubu Kibica w Toruniu.

Impulsem do założenia Klubu Kibica w Toruniu byli między innymi kibice z Gdańska, którzy przyjeżdżali zawsze w zorganizowanej grupie. Bardzo fajnie to wyglądało i nie da się ukryć, ale trochę im zazdrościliśmy. Szczególnie tego, że zawsze przyjeżdżali na Tor-Tor, zawsze dopingowali i dawali z siebie wszystko. 

- Tego, że mieli swoje flagi, przyśpiewki, czy raczej tego, że byli razem?

Tak, tego też. U nas tego brakowało. U nas zawsze było tak, że cała hala śpiewała, ale głównie były to bluzgi. Pamiętam, jak siedziałem na meczu z Unią Oświęcim i przez cały mecz była cisza, a jeśli nawet był doping to tylko skupiony na bluzganiu przeciwnika i sędziów. Po tym meczu odkryłem, że jest forum hokejowe i co mnie bardzo zdziwiło, ale okazało się, że na hokej chodzą także moi starzy znajomi jeszcze z czasów punkowych. Jakiś czas później umówiliśmy się w Buliku i stwierdziliśmy, że fajnie byłoby się zebrać i coś razem stworzyć. Pierwszy mecz wyjazdowy Klubu Kibica to mecz ze Stoczniowcem Gdańsk. Pojechaliśmy jednym autokarem, było nas 50 osób, a cały autokar podzielony był na „Duże Ptaki”
i „Koliberki”. Było bardzo sympatycznie. Nie da się ukryć, ale stanowiliśmy pewnego rodzaju zaskoczenie dla Gdańszczan, którzy się nas kompletnie nie spodziewali.  Razem świetnie się bawiliśmy. Byli bardzo zdziwieni, że w tak krótkim czasie udało nam się zebrać fajną ekipę.

- Jak przyjął Was Toruński Klub Hokejowy?

Klub przyjął nas bardzo dobrze i przychylnie spojrzał na naszą działalność.

- Dlaczego?

Pomogło nam to, że od początku założyliśmy sobie, że będziemy kibicować bardzo kulturalnie, że nie będziemy bluzgać. Przed każdym meczem rozkładaliśmyw pozostałych sektorach ulotki ze składami drużyn,  a także z piosenkami, które będziemy śpiewać. Wydawaliśmy także własną gazetkę „Ole!!!” (nazwa wzięła się od naszego okrzyku, ale nie pamiętam dokładnie skąd on się wziął). W pewnym momencie zaczęliśmy pokazywać zawodnikom, udającym się na karę, czerwone kartki. Dziś może wydawać się to trochę śmieszne, ale nie da się ukryć, że było to fajne – zawodnik fauluje, dostaje karę, a my w „nagrodę” jesteśmy cicho i pokazujemy mu duże czerwone kartki na znak naszego protestu.

- Kiedy Klub Kibica zadebiutował?

To był przełom października i listopada i mecz z GKS Katowice. Na tym właśnie meczu pojawiły się pierwsze flagi, a my usiedliśmy w sektorze „D”. Po tym meczu staliśmy się rozpoznawalni, zaczęły pojawiać się artykuły na nasz temat, pierwsze zdjęcia.

- To było, w tamtych czasach i w tym sporcie, który nie uznaje przyjemności, pewnego rodzaju novum.

Tak, dokładnie. W żadnym innym mieście, poza Gdańskiem, nie było Klubu Kibica. Po nas pojawił się Klub Kibica w Sanoku. Nasz doping spowodował, że staliśmy się rozpoznawani, że pisano o nas. Zaczęto traktować nas trochę jak dziwolągi, pikniki itp., ale nie przeszkadzało nam to.

- W świecie kibiców hokejowych?

Nie, nie tylko. W całym kibicowskim świecie. Traktowano nas jak kibiców siatkówki, która słynie z najłagodniejszych kibiców.

- Chcieliście zmienić stereotyp kibica, którzy kojarzony jest głównie z krzykiem, wyzwiskami, wyrywaniem siedzeń i ogólnie demolowaniem mienia klubowego.

Tak, zależało nam na tym. Przez pierwsze dwa, trzy lata nam się to udawało. Świadczy o tym także to, że otrzymaliśmy „Złotą Karetę” [wyróżnienie od „Nowości” – przyp. Autorki] za „aktywność obywatelską”. Otrzymaliśmy także gratulacje od Prezydenta Miasta Torunia oraz od Wojewody Kujawsko-Pomorskiego. Dzięki naszemu dopingowi, TKH otrzymał od Ministra Sportu nagrodę Fair Play.

- Czy mieliście jakieś sygnały od zawodników z innych drużyn? Jak na Was reagowali?

Pamiętam, jak TKH grało z Cracovią mecz o trzecie miejsce. Niestety nasz zespół przegrał, a medale zdobyli zawodnicy z Krakowa. Po meczu bramkarz Cracovii udzielał wywiadu. Wyraził w nim swoje zdziwienie, gdyż nie spodziewał się, że dostanie po meczu brawa od kibiców drużyny, którą właśnie pokonał i to na jej lodowisku. A my po prostu uhonorowaliśmy zwycięzców, bo im się po prostu należało. Jakiś czas później postanowiliśmy, że na każdym pierwszym meczu w sezonie z daną drużyną, będziemy dawać zawodnikom pierniki. Chcieliśmy dać im na pamiątkę coś, co się najbardziej kojarzy z Toruniem, a nie ma chyba nic lepszego, jak pierniki właśnie. To samo było z kibicami, którzy przyjechali do Torunia, a także wtedy, gdy to my jechaliśmy na jakiś mecz.

- A jak reagowaliście na kibiców toruńskich siedzących w innych sektorach i niedopingujących?

Każdy przeżywa mecz na własny sposób i nie mogło być nic takiego, że my ich negowaliśmy lub w jakiś inny sposób dawaliśmy im odczuć nasze rozczarowanie. Bawiliśmy się we własnym gronie, ale też zapraszaliśmy wszystkich. Jedynym warunkiem było dostosowanie się do naszych zasad. Bardzo często było jednak tak, że także inni kibice włączali się w doping. Nie zapomnę, jak wygraliśmy kiedyś z Podhalem Nowy Targ i cały Tor-Tor zaśpiewał „Góralu, czy Ci nie żal?”. Wszystko aż się trzęsło, a takie chwile pamięta się bardzo długo. 

- Kto zajmował się kupowaniem pamiątek, flag, sztucznych ogni i innych przedmiotów potrzebnych do organizacji oprawy meczu?

Wszystko finansowaliśmy sami ze składek członkowskich. W pewnym momencie w Klubie Kibica było prawie 200 osób. Każdy z nas miał legitymację, a także zarejestrowaliśmy się jako stowarzyszenie zwykłe [stowarzyszenie zwykłe, czyli trzyosobowe, nie posiada zarządu – przyp. Autorki] i na tej podstawie działaliśmy. Jako stowarzyszenie zwykłe nie mogliśmy przyjmować grantów od sponsorów.

- Największe zdziwienie?

W 2004 r. były takie sytuacje, że półtorej godziny przed meczem trzeba było przyjść, żeby zdobyć miejsce w naszym sektorze „D”. Ja sam, pamiętam, przyjeżdżałem na Tor-Tor kilka godzin przed meczem i rozkładałem rezerwacje z imionami, ksywami osób chętnych do kibicowania razem z nami.

- Jak myślisz – z czego to wynikało? Dobrej gry hokeistów?

Nie wiem z czego to wynikało. Może z tego też, że nasi hokeiści dobrze wtedy grali. Wydaje mi się jednak, że chyba trafiliśmy wtedy w dobry moment. Na Tor-Torze była pewnego nisza, którą ktoś musiał wypełnić i traf chciał, że byliśmy to właśnie my i nasz Klub Kibica.    

koniec części pierwszej... 

 

autor: em
 

« wstecz

Banery

  • -

Banery

  • ecenter

Banery

  • Sklep hokejowy
  • studio-pro
  • obiekt Flash - Petrus sokoły

Kalendarium

W tym miesiącu

Brak wydarzeń w wybranym okresie