Treść strony

W toruńskim hokeju bieda, "aż szelki spadły"
Rozmowa z Wiesławem Walickim

Rewolucja w toruńskiej drużynie. Po ponad roku żegna się z nią trener Wiesław Walicki. - Jak się nie ma miedzi, to się w domu siedzi - mówi "Gazecie".


Filip Łazowy: Rezygnacji z funkcji trenera Nesty to pańska decyzja czy ruch ze strony zarządu?

Wiesław Walicki: To moja osobista decyzja. Była dobrze przemyślana. Zarząd prosił, bym się jeszcze z nią wstrzymał. Namawiał, bym nie rezygnował. Ale zdecydowało o tym zbyt wiele spraw. Nie ma możliwości, bym tu dalej pracował.

F.Ł. Sportowo zespół nie zachwycał - to prawda. Jednak też nikt nie oczekiwał, że biedny beniaminek podejmie walkę z faworyzowanymi rywalami.

W.W. Dokładnie. Jak się nie ma miedzi, to się w domu siedzi. Udało nam się awansować z I ligi i to był duży sukces klubu. Jednak rzeczywistość przerosła działaczy i sponsorów. Nie zawodników, bo do nich nie mam żadnych pretensji. Oni walczyli ile mogli. Za to im dziękuję. Hokeistom już przed wtorkowym meczem z Aksam Unią Oświęcim (skończył się porażką torunian 4:6 - red.) powiedziałem, że odchodzę. Próbowali nakłaniać mnie do zmiany tej decyzji, ale później zorientowali się, że jest ona nieodwołalna. Nie wiem czy będę jeszcze do końca roku pracował z zespołem. Może działacze szybciej znajdą kogoś na moje miejsce. Jest jeden pan z Torunia, który pewnie chętnie by przejął drużynę.

F.Ł. O kim pan mówi?

W.W. To Leszek Minge. Jestem trochę zniesmaczony jego wypowiedziami na mój temat. Krytykował mnie, a jako osoby z tego samego środowiska powinniśmy się wspierać i sobie pomagać. Hokej na lodzie w naszym kraju to naprawdę wąskie grono trenerów czy też zawodników.

F.Ł. Zespół przegrywa, więc trudno aby go chwalić. A trener odpowiada za wyniki.

W.W. Mamy rywalizować z zespołami, które przerastają nas pod każdym względem? Poza drużyną z Oświęcimia każdej innej urwaliśmy punkty. Wygrane z GKS Tychy czy też Ciarko PBS Sanok to sensacje, których nikt by w życiu się nie spodziewał. Nam się udało. O czym to świadczy? Że zespół ma charakter i umiejętności a trener jest w stanie z nich wiele wykrzesać. Mamy na swoim koncie aż 18 punktów i wyprzedzamy w tabeli Podhale Nowy Targ. Na pewno nie jest cudownie, ale aż tak źle to też nie. Kibice oczekują zwycięstw, ale niech zastanowią się czy nasz zespół stać na regularne sukcesy. Przy takiej sytuacji organizacyjnej i finansowej - nie.

F.Ł. Kłopoty organizacyjne towarzyszą klubowi od początku gry w lidze.

W.W. To prawda. Problem był ze wszystkim. Najgorzej z kijami. Jak ktoś swój złamał, albo pożyczał od kolegi albo siadał na ławce, bo nie miał czym grać. Czy to jest normalne w zespole grającym w ekstraklasie? Niech każdy sobie sam odpowie na to pytanie. Działacze obiecywali, zwodzili, ale nie dotrzymywali słowa. Ja ich za to do końca nie winię, bo jeśli sponsorzy nie wykładali pieniędzy na czas, to skąd mieli wziąć? Prezes Bogdan Rozwadowski już od początku mówił, że są kłopoty z dopięciem budżetu. A firma Karawela (planowany sponsor drużyny - red.) miała przypłynąć, potem płynęła i jakoś nie zatrzymała się koło nas.

F.Ł. Można było zacisnąć zęby i pracować dalej. Prędzej czy później pan swoje pieniądze od spółki hokejowej dostanie. Warto zostawiać zespół w połowie drogi?

W.W. "Wchodzi" mi pan na ambicje. Oczywiście, że wolałbym zostać i wywalczyć utrzymanie z toruńską drużyną. Jednak przy panujących obecnie warunkach to jest niemożliwe. Już w lipcu i sierpniu nie dostałem wypłaty. Później na konto wpływały pieniądze, ale nie takie, jakie mam w kontrakcie. Gdy ostatnio poszedłem do banku, aż mi szelki opadły z wrażenia. Jak panowie urzędnicy nie dostaliby wypłaty przez trzy miesiące co by powiedzieli? Myślę, że każdy pracownik byłby niezadowolony i szukał nowego zajęcia. Całe szczęście, że pracuję jeszcze w szkole, bo inaczej nie miałbym za co żyć. Gdy przyjeżdżała do mnie żona, w sklepie ona za wszystko płaciła. Ja nie miałem z czego. Potem było mi głupio. Ale kocham hokej i ta praca dawała mi satysfakcję. Do czasu.

F.Ł. To znaczy?

W.W. Kłopoty finansowe potrafię zrozumieć. W polskim hokeju się nie przelewa. Jest mało klubów, w których wszystko jest płacone na czas i nie ma kłopotów ze sprzętem. Dlatego to nie nowość. Jednak są też inne sprawy. Nie mogę zrozumieć głosu z trybun. Ludzie przychodzą na mecz i zamiast wspierać drużynę, wyzywają mnie i chłopaków, których sprowadziłem z Gdańska. W innych krajach Europy taki kibic byłby wyprowadzony z lodowiska. U nas ochrona jest jaka jest i każdy sobie krzyczy na co ma ochotę. Tego zrozumieć nie mogłem. Byłem wyzywany, to mnie bardzo zabolało. Jeśli wszyscy wokół uważają, że wykonuję źle swoje obowiązki to teraz nowy trener będzie miał pole do popisu. Poza tym nie mogę słuchać oskarżeń o faworyzowanie zawodników z Gdańska. Nikt nie jest traktowany na specjalnych warunkach.

F.Ł. Zmieni pan zdanie, jeśli klub spłaci zaległości?

W.W. Nie. Do końca roku pewnie zostanę w Toruniu. Klub wynajmuje mi mieszkanie do końca grudnia. Ze samej pracy w szkole nie będę w stanie się sam tu utrzymać, więc pewnie wrócę do Gdańska. Za zespół będę trzymał kciuki. Jeśli torunianie się utrzymają w lidze, to będzie też w tym trochę mojego udziału.


Zdaniem torunian

Leszek Minge, były trener toruńskiej drużyny, a teraz szkoleniowiec młodzieżowców twierdzi, że "na 99 proc. nie otrzyma propozycji prowadzenia pierwszego zespołu".
Szef Nesty Karaweli Bogdan Rozwadowski twierdzi, że klub już szuka nowego szkoleniowca. Prawdopodobnie będzie to obcokrajowiec. Mamy w budżecie pieniądze na wynagrodzenie dla takiej osoby do końca sezonu. Nasza sytuacja finansowa wygląda z tygodnia na tydzień coraz lepiej.

 

Źródło: Gazeta Wyborcza

komentarze (4) ()

« wstecz

Banery

  • -

Banery

  • ecenter

Banery

  • studio-pro
  • Reklama za 50zł
  • obiekt Flash - Petrus sokoły

Kalendarium

W tym miesiącu

Brak wydarzeń w wybranym okresie